Wiedza tajemna

Największy rywal Disneya lat 80. Kim jest Don Bluth?

Przez niektórych nazywany zdrajcą, który niemalże spowodował upadek Disneya, przez innych niezależnym artystą, który zawalczył o tradycyjną animację i zmobilizował Disneya do pracy. Oto historia Dona Blutha i jego studia.

Don Bluth to reżyser, który zmienił animowany mainstream nie tylko przez stworzenie takich filmów, jak  Dzielna pani Brisby czy Wszystkie psy idą do nieba. To między innymi dzięki sukcesom obrazów jego studia Disney zmienił strategię marketingową i animacyjną, co poskutkowało jego swoistym odrodzeniem, znanym jako Renesans Disneya. Jak do tego wszystkiego doszło?

Era Brązu nie była dla Disneya łatwym czasem. Po śmierci Walta Disneya ze studiem nie działo się najlepiej – filmy nie odnosiły już takiego sukcesu, jak za jego życia, a do tego Don Bluth zabrał ze sobą kilkunastu animatorów, co znacznie opóźniło proces produkcji kolejnych tytułów….

Ale kimże jest ten Don Bluth?

Urodzony w 1937 roku Don Bluth to amerykański animator, reżyser, producent, scenarzysta, scenograf i twórca gier wideo. Zanim jednak Don stał się słynnym i budzącym sprzeczne emocje animatorem, był jednym z pracowników Disneya.

Od dziecka kochający disnejowskie filmy Don trafił do studia Disneya pierwszy raz w 1955 roku, gdzie przez dwa lata pracował przy Śpiącej królewnie (1959) będąc asystentem legendarnego Johna Lounsbery’ego, jednego ze słynnych Dziewięciu Staruszków Disneya. Przez kolejne dwa lata Bluth był w Argentynie na misji kościelnej, a po powrocie skończył college i do pracy jako animator powrócił w 1967 tworząc layouty w firmie Filmnation. 

W 1971 roku, na początku Ery Brązu, 34-letni Don dostał pełen etat w Disneyu, gdzie pracował przy Robin Hoodzie (1973), Kubusiu Puchatku i rozbrykanym Tygrysie (1974), Bernardzie i Biance (1977) oraz animowanych sekwencjach filmu Pete’s Dragon (1977). Bluth nie spodziewał się jednak, że podczas jego nieobecności przez parę lat firma zmieni się w korporację, a bez Walta Disneya wartość artystyczna produkcji zaniknie.

W 1978 roku Don wyreżyserował w Disneyu krótkometrażowy film The Small One, będący ostatnim projektem oficjalnie łączącym go ze słynnym studiem. 

Od lewej: Don Bluth, John Pomeroy, Gary Goldman

W dniu swoich 42. drugich urodzin, czyli 13 września 1979, Don Bluth wraz z Garym Goldmanem, Johnem Pomeroyem i ośmioma innymi animatorami Disneya, założył własne studio – Don Bluth Productions. Nadal pracując w Disneyu, grupa nakręciła swój pierwszy film – 27-minutowy short Banjo the Woodpile Cat. Bluth poprosił ówczesnego CEO, Rona W. Millera (zięcia Walta Disneya), o zobaczenie ich filmu, ale ten odmówił. To był cios – animatorzy mieli nadzieję, że ich praca spodoba się i zostanie kupiona przez studio, co zrekompensowałoby czas i pieniądze zainwestowane w Banjo.

Początek końca współpracy z Disneyem

Cóż, trzeba przyznać, że nie było miło. Będący w produkcji od 1977 roku Lis i Pies (1981) to ostatni film Disneya, w którego produkcję zaangażowani byli animatorzy należący do Dziewięciu Staruszków Disneya. Prace nad filmem zostały przekazane nowemu pokoleniu animatorów, którzy zastąpić mieli odchodzących na emeryturę Staruszków. Trzeba wspomnieć, że młodzi animatorzy kręcili nosem na bezpieczny i prosty film, jakim był Lis i Pies – chcieli nakręcić Czarny Kocioł, który byłby większym i znacznie ciekawszym projektem. Jednak kierownictwo uznało, że nieopierzeni artyści nie udźwigną Kotła i nakazali rozpoczęcie prac o filmie o przyjaźni między zwierzętami. I wtedy stało się coś, czego nikt nie przewidział i co opóźniło premierę filmu o pół roku. W 1979 roku, po wykonaniu zaledwie kilku scen, Don Bluth wraz z grupą swoich animatorów porzucił pracę nad filmem i dla Disneya w ogóle.

Lis i Pies (1981)

Ale dlaczego?

Oprócz faktu, że studio wzgardziło Banjo, Bluth był rozczarowany sposobem prowadzenia Disneya – chciał przywrócić do życia klasyczny styl animacji znany ze wczesnych filmów studia, jak Bambi (1942) czy Pinokio (1940). Nie podobała mu się nowa, szkicowata kreska, która obecna była w disnejowskich animacjach od pierwszego momentu użycia kserografii, czyli od 101 Dalmatyńczyków (1961). Don chciał to zmienić, dodać więcej efektów specjalnych i koloru oraz oddać animacji dawny urok znany ze Złotej Ery Disneya, ale spotkał się z oporem. Nie może to dziwić – kserografia znacznie ułatwiała i przyspieszała prace, a tradycyjna animacja była praco i czasochłonna. Bluth, Goldman i Pomeroy rzucili pracę z szacunku do Walta Disneya – uważali, że nie tolerowałby sposobu, w jaki obecny zarząd pozwolił działowi animacji upaść na tak niski poziom.

„Powiedzieliśmy, że brak jakości nie jest kwestią pieniędzy – te rzeczy (cienie, wodę, efekty etc.) można zaimplementować bez dużych nakładów finansowych. Prawdopobnie czara goryczy przelała się podczas prac nad Bernardem i Bianką, kiedy [studio] zadecydowało, żeby nie malować białek oczu głównych bohaterów i pomalować tylko kolor skóry pod nimi, ponieważ inaczej koszt farby byłby zbyt duży. (…) Odeszliśmy, bo struktura korporacji była zbyt skostniała i nie mogliśmy tego zmienić, wiedzieliśmy, że będą wściekli, kiedy odejdziemy, i nazwą nas zdrajcami, ale wiedzieliśmy, że musimy to zrobić, żeby spróbować wskrzesić to, co było piękne i w co wierzył Walt – dlatego odeszliśmy”. 

Bernard i Bianka (1977)

Goldman wyznał, że przy składaniu wypowiedzenia Don powiedział: „Nie mogliśmy tutaj dokonać żadnej zmiany, więc może jeśli pójdziemy na swoje i będziemy z wami konkurować, to weźmiecie się do roboty”.

Niezadawalający poziom nie był jedynym powodem odejścia z Disneya. Kiedy w 1979 roku Jim Stewart, będący ex-kierownikiem w Disneyu, usłyszał, że Bluth i Goldman nie są szczęśliwi w słynnej wytwórni, zapytał, czy nie byliby zainteresowani porzuceniem aktualnego pracodawcy i założeniem własnego studia oraz podpytał jaką animację chcieliby zrealizować jako pierwszą. Bluth przywołał film, który niegdyś zaproponował Disneyowi, ale który został odrzucony, ponieważ był po pierwsze zbyt mroczny, a po drugie Disney “zrobił już film o myszach” (Bernard i Bianka).

Zatem Bluth i Goldman poinformowali innych animatorów o swoim pomyśle i zaprosili ich do współpracy, czego efektem było wspomniane wyżej Don Bluth Productions. Disney stracił dwóch animatorów, którzy mieli przejąć dowodzenie po Dziewięciu Staruszkach, oraz ich zespół.

Dzielna pani Brisby (1982)

Dzielna pani Brisby

Historia wcześniej odrzucona przez Disneya stała się pierwszym pełnometrażowym projektem studia, którego finansowania podjęło się Aurora Productions.

Don Bluth Productions musiało zatrudnić większą liczbę animatorów, zatem w 1980 roku po nowojorskim świecie animacyjnym rozeszła się wieść, że człowiek z nowopowstałego studia wygłosi prezentację w School Of Visual Arts. Przedstawiciel studia, zainstalowany w nim przez Aurorę, wygłosił usypiającą mowę o marzeniu Blutha o przywróceniu animacji do jej świetności itd. Wszyscy ziewali, póki nie zobaczyli klipu z Dzielnej pani Brisby. Zaprezentowana scena obejmowała moment, gdy pani Brisby leci z krukiem Jeremim do drzewa zamieszkiwanego przez Wielką Sowę. Ciemna sekwencja z pajęczynami i walającymi się wszędzie kośćmi, wzbudzającymi niepokój głosami aktorów dubbingowych, w której Wielka Sowa miażdży pająka, a widz zmuszony jest obserwować wylewające się z niego soki, mysią bohaterkę przyprawia niemal o zawał. Studenci błagali o ponowne włączenie klipu. I w ten sposób Don Bluth Production zrekrutowało nowych animatorów, których finalna liczba wyniosła 160.

W międzyczasie, w 1980 roku, studio stworzyło animowaną sekwencję do aktorskiego musicalu Xanadu z Olivią Newton-John (Grease, 1978) i Genem Kellym (Deszczowa piosenka, 1952). Studio udowodniło, że tworzy rzeczy równie dobre, jak Disney, a nawet lepsze.

Trzeba przyznać, że Dzielna pani Brisby była objawieniem i znakiem, że coś się zmienia. Historia owdowiałej myszy, która prosi o pomoc hiper-inteligentne i niebezpieczne szczury, była mroczniejsza, niż wszystko, co wcześniej stworzył Disney. Niepokój, mrok, smutek i tajemnica – wszystko to wylewało się z ekranów już od pierwszych sekund filmu. Ciężki nastrój potęgowała jeszcze muzyka i strona wizualna, która może wywołać ciarki nawet u dorosłych widzów. 

Oglądając Dzielną panią Brisby nie da się nie zauważyć, że Bluth skorzystał ze starszych, znacznie droższych i bardziej czasochłonnych technik animacyjnych. W filmie wykorzystano:

  • Rotoskopię, czyli okrutnie mozolną technikę, która polega na zamianie filmu live-action na animowany poprzez ręczne, klatka po klatce (!) odrysowywanie tego, co na danej klatce się znajduje. Rotoskop to maszyna, która wyświetla klatkę na papierze, na którym to odrysowuje ją rysownik. Nietrudno sobie wyobrazić, że nakręcenie w ten sposób nawet krótkiej scenki wymaga mnóstwo czasu, dokładności i odporności na nudę – w końcu każdy najmniejszy ruch musi zostać skopiowany. W Dzielnej pani Brisby zastosowano tę metodę m.in. podczas podziemnej przejażdżki łodzią;
  • Backlit Animation, która polega na podświetleniu obrazu z wykorzystaniem kolorowych żeli, celem stworzenia efektu sztucznego oświetlenia lub ognia;
  • Szeroką paletę kolorystyczną w celu odzwierciedlenia zmian w wyglądzie bohaterów w zależności od oświetlenia (sam Mr. Ages będący poboczną postacią miał 26 palet)

Bez dwóch zdań wykorzystanie powyższych technik znacznie podbiło mroczność animacji, ale miało to swoją cenę. Przez czaso- i pracochłonność wykorzystywanych metod, ograniczony budżet i mniejszą ilość czasu, niż animatorzy byli przyzwyczajeni, zdarzało się, że artyści pracowali 7 dni w tygodniu po 12-16 godzin dziennie. Pod koniec produkcji stało się to niemalże normą, nie wspominając o niepłatnych nadgodzinach. Sytuacja finansowa była tak słaba, że głosów do wielu mniejszych ról użyczyli pracownicy studia. Finalny budżet wyniósł prawie 6,4 miliona dolarów, ponieważ Don, Gary i paru innych producentów zastawili swoje domy za dodatkowe 700 000 dolarów, żeby dokończyć film.

Mimo tego, że nagrodzona Saturnem za najlepszy film animowany Dzielna pani Brisby zebrała świetne recenzje i wstrząsnęła światem animacji, to poniosła porażkę w box offisie. Można to w zrzucić na film Stevena Spielberga, E.T., który miał swoją premierę zaledwie kilka tygodni wcześniej i tłumy uderzały właśnie na ten tytuł… ale tak naprawdę winę ponosi dytrybutor, MGM, który nie zrobił niemalże nic, by wypromować mysią historię. 

Porażka sprawiła, że Aurora wycofała się z produkcji kolejnego filmu Blutha East of the Sun, West of the Moon. Studio ogłosiło bankructwo, ale utrzymało się przy życiu animując dwie innowacyjne gry wideo Dragon’s Lair i Space Ace, które stały się sensacją w 1984 roku. Zmieniło również nazwę na Bluth Group.

Niestety, spadek popularności gier na automaty doprowadził firmę do kolejnego bankructwa. 

W 1985 roku studio połączyło się z widzącym w nim potencjał biznesmanem Morrisem Sullivanem, formując Sullivan Bluth Studios. W tym samym czasie, gdy Don Bluth przywracał swoją firmę do życia, Disney z hukiem walnął o dno (nie wiem czy fizycznie da się walnąć o dno z hukiem, ale Diseyowi się to udało) wypuszczając Czarny Kocioł. Film był uważany wówczas za najgorszy w historii studia, a zarazem brany za znak końca dominacji Disneya.

Żeby jeszcze bardziej uprzykrzyć życie Disneyowi, Bluth rozpoczął współpracę ze Spielbergiem (tak, tym od E.T.). Panów połączył nie tylko zachwyt Spielberga nad animacją Blutha, ale przede wszystkim Jerry Goldsmith, który napisał muzykę do Dzielnej pani Brisby (i Rambo, Star Treka, Mulan i masy innych hitów). Tak oto w listopadzie 1985 roku rozpoczęły się prace nad drugim filmem Blutha – Amerykańską opowieścią (1986). Studio znowu nie miało lekko, bo budżet został wyznaczony na 6,5 miliona dolarów, a wszelkie pieniądze z zysków pojawiałyby się, gdyby box office filmu przekroczył 100 milionów dolarów. Słabo, zważywszy, że wówczas najlepiej zarabiającą animacja była disnejowska Bernard i Bianka (1977, też o myszach!), której box office wynosił zaledwie 40 milionów dolarów. 

Amerykańska opowieść (1986)

Głosy krytyków były mieszane – chwalili oni animację przywodzącą na myśl swoją miękkością filmy Disneya z lat 40., ale byli rozczarowani historią i postaciami. Mimo tego Amerykańska opowieść odniosła niespotykany sukces bijąc dotychczasowy rekord animowanego box office’a ponad dwukrotnie (!) i stając się najlepiej zarabiającym filmem animowanym swoich czasów. Nie było to przyjemne dla Disneya, który w tym samym roku wypuścił, o ironio, Wielkiego mysiego detektywa. Koniec lat 80. upłynął w dużej mierze pod znakiem gryzoni – od mysiego Sherlocka Holmesa silniejszy był mysi Żyd będący rosyjskim imigrantem.

Kolejnym i ostatnim owocem współpracy Sullivan Bluth Studios ze Spielbergiem był Pradawny ląd, który na ekrany amerykańskich kin wszedł równo z disnejowskim Oliverem i spółką. Oba filmy miały premierę 18 listopada 1988 roku. Dinozaury Blutha zajęły pierwsze miejsce w weekend otwarcia, a kociak Disneya dopiero czwarte. Film został ogólnie dobrze przyjęty, ale filmoznawcy skrytykowali historię i postaci jeszcze bardziej, niż w przypadku Amerykańskiej opowieści. Jak powiedział Pomeroy “były to bogate postacie, ale tak naprawdę nigdy nie mieliśmy okazji pokazać tego bogactwa”. Nie zmieniło to faktu, że światowy box office dorównał Amerykańskiej opowieści, a dzieci pokochały film o dinozaurach.

Tak czy inaczej, na tym etapie Don Bluth pokonał Disneya.

Pradawny ląd (1988)

Kolejny film został zainspirowany tym, że aż trzy z najlepszych wówczas filmów animowanych były o psach – disnejowskie Lis i Pies (1981), 101 Dalmatyńczyków (1961) i Zakochany kundel (1955). Oczywiście fabuła filmu Wszystkie psy idą do nieba nie była w połowie tak sympatyczna, jak disnejowskich psich opowieści. U Dona Blutha główny bohater to zamordowany mieszaniec owczarka niemieckiego, który powraca na ziemię, by nauczyć się kochać i być dobrym. Od samego opisu chce się płakać, a podczas sensu nie da się po prostu nie ryczeć.

Wszystkie psy idą do nieba (1989)

Ku wielkiemu smutkowi Dona Blutha Psy stały się jego pierwszym filmem wykorzystującym animację komputerową do trudnych ujęć perspektywicznych (mechaniczny dźwig, jadący po molo samochód). Animacja jest pierwszą, którą wyreżyserował duet Bluth & Goldman – wszystkie kolejne filmy, poza tym o kogucie, będą ich autorstwa.

15 listopada Disney wypuścił Małą syrenkę, która zaczęła disnejowski Renesans, a dwa dni później na ekrany weszły Wszystkie psy idą do nieba. Film Blutha został skrytykowany, zwłaszcza w porównaniu z historią czerwonowłosej syreny. Mała syrenka zarobiła 90 milionów dolarów zostawiając daleko w tyle Psy z ich zaledwie 27 milionami. Podobnie jak w przypadku poprzednich tytułów studia, Wszystkie psy idą do nieba odniosło wielki sukces w sprzedaży kaset wideo – w parę tygodni zarobiły ponad 75 milionów dolarów z ponad 3 milionów sprzedanych kopii. 

A potem była równia pochyła – w 1991 roku studio zaprezentowało Rock-A-Doodle (Powrót Króla Rock And Rulla) o kogucim Elvisie Presleyu, a potem dystrybuowane przez Warner Bros. Calineczkę i Trolla w Nowym Jorku (1994). W kontrze Disney wypuścił Piękną i Bestię (1991) będąca pierwszą animacją nominowaną do Oscara za najlepszy film (przegrała z aktorskim Milczeniem owiec), Aladyna (1992), w którym zagrali aktorscy celebryci, a w 1994 na ekrany kin wszedł Król Lew (który miał właściwie takie samo przesłanie, jak Pradawny ląd). Koguci Elvis, troll i Calineczka nie mieli z nimi szans.

Od lewej: Powrót Króla Rock And Rulla (1991), Troll w Nowym Jorku (1994), Calineczka (1994)

Osobiście uważam, że Calineczka to bardzo ładny film.

W kolejnym starciu wzięli udział Zakochany pingwin Dona Blutha i Pocahontas Disneya. I tym razem wielka korporacja zwyciężyła zarówno fabularnie, jak i finansowo. W 1992 roku studio przemianowało się na Don Bluth Entertainment, ale niestety powrót do jednego nazwiska w nazwie nie przyniósł szczęścia, bo firma ponownie ogłosiła bankructwo.

Zakochany pingwin (1995)

W międzyczasie wszystkie poprzednie filmy Blutha dostały licencję na prequele i sequele tworzone prosto na kasety wideo, jednak Sullivan Bluth Studios nie uczestniczyło w ich produkcji. Filmy zostały zrobione po kosztach i z ograniczoną animacją. Można powiedzieć, że jeśli chodzi o całą markę Blutha, to triumf tradycyjnej animacji został zmiażdżony przez triumf korporacyjnych licencji i franchisingu.

Bluth rozbił bank powstałą w 1997 roku Anastazją. Wyprodukowana przez Fox Animation Studios (Phoenix, Arizona) słodko-mroczna animacja o zaginionej księżniczce z rodu Romanowów odniosła gigantyczny sukces i zarobiła ponad 140 milionów dolarów. Krytyk Roger Ebert zwrócił uwagę, że animacja „świadomie uwzględniła trzy kluczowe składniki wielkich hitów Disneya: akcję, romans i muzykę”. Dzięki Anastazji 20th Century Fox mogło konkurować z Disneyem.

I ponownie dobra passa się skończyła. W 1999 roku Bluth nakręcił Bartoka wspaniałego (prequel Anastazji), a rok później Titan – nowa Ziemia, który nie zarobił nawet na połowę swojego budżetu wynoszącego około 75 milionów dolarów. W tym samym roku 20th Century Fox Studios zamknęło Fox Animation Studio w Phoenix, czyniąc Titana ostatnim tradycyjnie animowanym filmem kinowym 20th Century Fox aż do premiery Simpsonów w 2007 roku.

Od lewej: Bartok Wspaniały (1999), Titan – nowa Ziemia (2000)

Pixarowe Toy Story (1995), którego dystrybucją zajął się Disney, na zawsze zmieniło filmy animowane. W 2003 roku Disney przekształcił studia Walt Disney Feature Animation w studia CGI, zwalniając większość tradycyjnych animatorów i sprzedając sprzęt.  

Toy Story (1995)

Wraz z nadejściem Pixara tradycyjnej animacji został zadany śmiertelny cios. Dzięki animacji komputerowej to Pixar został nowym liderem innowacji i efektów poprzez wzięcie na warsztat takich rzeczy, jak futro, woda czy ludzkie ciała. Filmy Pixara odnosiły sukcesy kasowe i cieszyły się uznaniem krytyków, jak najlepsze „renesansowe” filmy Disneya (co doprowadziło w 2006 roku do kupienia Pixara przez Disneya).

John Lasseter, pracujący po odejściu Blutha nad Lisem i psem, został awansowany do nadzorowania wszystkich animacji. Mimo wyrażanej przez Lassetera miłości i uznania do tradycyjnej animacji, a nawet obietnicy, że ją wskrzesi, Disney od czasu przejęcia metod Pixara wypuścił tylko kilka tradycyjnie animowanych filmów, które nie odniosły wielkiego sukcesu (Rogate ranczo, 2004, Księżniczka i żaba, 2009). Prawda jest okrutna – tańsza i szybsza w produkcji animacja komputerowa wyparła animację tradycyjną.

Don Bluth w 1978 roku

Dziedzictwo walczącego o tradycyjną animację Dona Blutha i jego ex-disnejowskiej ekipy nie zniknęło z upływem czasu. Takie filmy, jak Dzielna pani Brisby, Amerykańska opowieść, Pradawny ląd, Wszystkie psy idą do nieba czy Anastazja znane są nawet młodszym pokoleniom. Dlaczego? Bo przez ich piękno bije miłość do animacji.

Co teraz się dzieje z Donem Bluthem? Zajmuje się reżyserowaniem filmu live-action opartego o swoją grę wideo – Dragon’s Lair. Trzymamy kciuki.

Amerykańską opowieść i Pradawny ląd możecie obejrzeć na platformie Netflix, a Calineczkę w polskiej i angielskiej wersji językowej znajdziecie na YouTube.

1 komentarz

  1. Świetny artykuł, osobiście moje serce również należy do starej dobrej animacji. Jednak uważam, że stwierdzenie „dobra animacja” można podpiąć pod każdy rodzaj produkcji jeśli ta została dopracowana oraz stworzona z sercem i pomyslem. Niezależnie od tego jaką metodą ją zrealizowano.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: