Recenzje

Opowieść Z kotami, ale nie do końca O kotach – czyli “Narzeczona dla Kota” Ghibli

Ciepły. Lekki. Zabawny. Pouczający. W tych prostych słowach można opisać Narzeczoną dla Kota – pełnometrażową animację Studia Ghibli z 2002 roku. Jej reżyserem jest Hiroyuki Morita – animator znany z pracy nad dwiema innymi produkcjami japońskiego studia – Podniebna poczta Kiki (1989) i Rodzinka Yamadów (1999). Jak większość filmów ze stajni Ghibli Narzeczona bazuje na mandze – w tym konkretnym przypadku Aoi Hiiragi – autorki Szeptu Serca (1989). Warto wspomnieć, że na podstawie komiksu sześć lat później powstał film o tym samym tytule, który traktowany jest jako spin-off Narzeczonej dla Kota.

Kadr z filmu Narzeczona dla kota
Kadr z filmu Narzeczona dla kota
Kadr z filmu Narzeczona dla kota

Przyznaję się bez bicia – nie miałem okazji obejrzeć wszystkich filmów Studia Ghibli. Jednak gdy tylko ujrzałem pierwsze sceny Spirited Away: W krainie Bogów (2001), od razu pozwoliłem dać się uwieść jego mistycznej, melancholijnej nutce, będącej miłą odskocznią od zachodniego stylu tworzenia animacji. Narzeczona dla Kota konsekwentnie czerpie z tego klimatu pełnymi garściami. Choć film trudno nazwać wybitnym, nie byłbym sobą (z natury jestem niepoprawnym kociarzem), gdybym nie porozwodził się przez chwilę nad aspektami, które szczególnie mnie w nim ujęły. Obiecuję jednak zachować cień obiektywizmu.

Opowieść skupia się na postaci Haru Yoshioki – kilkunastoletniej, energicznej, ale trochę nieogarniętej życiowo dziewczyny, która na co dzień mieszka ze swoją matką w ustronnej dzielnicy miasta. Jak każda nastolatka, nasza bohaterka miewa swoje rozterki. A to wpadł jej w oko chłopak z klasy, któremu z kolei podoba się inna, a to jej rówieśnicy nieustannie nabijają się z jej spóźnialstwa. Co jednak odróżnia ją od typowej dziewczyny z sąsiedztwa, to umiejętność rozmowy z kotami. Choć sam często gadam do swojego pupila (i bynajmniej uważam to za coś dziwnego!), w przypadku Haru sprawa weszła na dużo wyższy level. Nasza protagonistka nie tylko konwersuje z kotami, ale i doskonale rozumie kocią mowę.

Fabuła nabiera tempa, gdy pewnego dnia Haru ratuje kota z heterochromią (różnobarwnością tęczówek) spod kół rozpędzonej ciężarówki. Ku konsternacji dziewczyny, futrzak staje na dwóch łapach, otrzepuje się z kurzu i dziękuje jej za uratowanie życia. Swojej wybawicielce przedstawia się jako Lune – książe Kociego Królestwa. Na tym przedziwne wydarzenia się nie kończą. Nocą, w otoczeniu orszaku swoich sług, Koci Król pojawia się u drzwi domu dziewczyny i osobiście dziękuje jej za uratowanie życia jego synowi. Wkrótce od królewskiego posłańca Haru dowiaduje się, że rubaszny monarcha upatrzył ją sobie jako przyszłą… synową!

Choć wizja wylegiwania się całymi dniami na pufach i zajadania najbardziej wykwintnymi frykasami wydaje się niezmiernie kusząca, Haru ani myśli godzić się na propozycję Kociego Króla, którego słudzy robią dosłownie wszystko, aby dziewczyna stanęła na ślubnym kobiercu u boku księcia. Przyparta do muru bohaterka w końcu odnajduje Biuro Kocich Spraw, gdzie poznaje Barona Humberta von Gikkingena (lub po prostu “Barona”) – eleganckiego kota w idealnie skrojonym fraku, cylindrze, białych rękawiczkach i laseczką w ręce. Jest to postać, którą możemy znać z Szeptu Serca (1995) reżyserii Yoshifumiego Kondō. “Dżentelkot” częstuje dziewczynę herbatą i oferuje jej pomoc. Gdy w pewnym momencie słudzy Kociego Króla porywają Haru, Baron wraz z kocurem Mutą i wroną Toto ruszają jej na ratunek.

Kadr z filmu Narzeczona dla kota

Oglądając Narzeczoną dla kota, wielu z Was nie doświadczy efektu “WOW!”. Film opowiada prostą, trochę banalną historię nastolatki, która w ucieczce przed problemami życia codziennego przenosi się do krainy marzeń. Nie uświadczycie tu przekazów nawołujących do ratowania środowiska lub podkreślających zagrożenia związanego z rozwojem technologii. Nazwałbym go pokrzepiającą, miłą dla oka i ucha opowieścią o zdobywaniu odwagi i wiary we własne możliwości – pozycją idealną na zakończenie dobrego dnia.

Kadr z filmu Narzeczona dla kota

Podobne wnioski można wyciągnąć, podsumowując rolę Haru. Nasza bohaterka wyraźnie kontrastuje z dziewczęcymi postaciami innych filmów Studia Ghibli. Brak jej heroizmu Nausici z Doliny Wiatru (1984) i determinacji San z Księżniczki Mononoke (1997). Jest raczej zagubioną, przytłoczoną problemami dziewczynką, która stwierdza, że w sumie to fajnie byłoby zostać kotem i mieć wszystko w czterech literach.

Stosunkowa powierzchowność postaci Haru nie oznacza jednak, że w trakcie trwania fabuły nie przechodzi ona wewnętrznej przemiany. Wręcz przeciwnie, z pomocą Barona i Muty, bojaźliwa dziewczyna zmienia się w świadomą swoich możliwości młodą kobietę. Wizyta w Kocim Królestwie odmienia bohaterkę, która, choć z początku opornie, finalnie nabiera pewności siebie i hartuje swój charakter.

Choć Haru i Baron to postaci, wokół których Morita skupił oś fabularną, mnie najbardziej przypadł do gustu sidekick Muta, którego gburowate, sarkastyczne wstawki sprawiają, że przypomina mi wyjętego z życia, niezależnego kocura. Z drugiej strony łamie on stereotypy typowego dachowca i wielokrotnie daje dowód swojej lojalności wobec dziewczyny. Widać to zwłaszcza pod koniec filmu, w momencie, gdy stanowcze słowa Haru do Kociego Króla robią na Mucie ogromne wrażenie. Ciekawostką jest, że pewien biały, spacerujący po studiu twórców kot zainspirował reżysera do stworzenia postaci Muty.

Satoko Morikawa, grafik odpowiedzialny za projektowanie postaci, w Narzeczonej dla Kota odwalił kawał dobrej roboty. Czyste, komputerowo wykonane linie, podkreślające geometryczne kształty postaci, zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu niż nadmiernie uwypuklone krągłości i głębokie kolory w Szepcie Serca. Tutaj kolorystyka jest jednolita, matowa, stonowana, bardziej sprawiająca wrażenie przemyślanej kompozycji niż przypadkowego doboru barw. Tło scen z kolei wyraźnie kontrastuje z występującymi w nich postaciami. Jest delikatne, malarskie, trochę nieobecne, ale dzięki temu doskonale spełnia swoją funkcję.

Kadr z filmu Narzeczona dla kota

Twórcy animacji postawili na cztery dominujące kolory: czerwony, żółty, zielony i lekkie akcenty niebieskiego. W zależności od celu, jaki w danej scenie pragnął osiągnąć reżyser, podkreślona została jedna ze wspomnianych barw. Dla przykładu ozdobiona wytworną suknią ślubną, zrozpaczona, niepewna swojej przyszłości Haru okryta jest żółtym odcieniem. Z kolei pod koniec filmu, prosta, zielona bluzka bez rękawów podkreśla wewnętrzny spokój, emocjonalny balans i pewność siebie bohaterki.

Podobnie jak obraz, muzyka w Narzeczonej dla Kota zasługuje na pochwałę. Kompozytor Yuji Nomi, który nomen omen pracował nad ścieżką dźwiękową do Szeptu Serca, dał popis swoich umiejętności, tworząc do filmu aż 29 piosenek. Do tej pory żadna produkcja Ghibli nie pobiła tego rekordu. W animacji Mority usłyszymy zarówno wolne, podniosłe walce, jak i barokowe, pełne przepychu akcenty.

Mnie osobiście najbardziej podobała się nostalgiczna mieszanka bambusowych instrumentów i dzwoneczków słyszalna podczas osobliwego przemarszu orszaku Kociego Króla. Zatrzymując się jeszcze chwilę na muzyce, warto zwrócić uwagę na smaczek nawiązujący do motywu przewodniego Szeptu Serca. W filmie słyszymy go dwa razy – raz podczas pogoni Barona i Toto za porwaną przez chmarę kotów Haru, a drugi raz w scenie pożegnalnej bohaterów.

Mimo że filmy Studia Ghibli z reguły wolę oglądać w japońskiej wersji językowej z polskimi napisami, po obejrzeniu produkcji ponownie z udziałem angielskich aktorów głosowych byłem w ciężkim szoku. To naprawdę im wyszło! Na szczególną uwagę zasługuje tutaj rola Anne Hathaway/Haru (Rio, Rio 2), Cary’ego Elwesa/Barona (Szkarłatny Pilot) i fenomenalnego Tima Curry’ego/Kociego Króla (Piotruś Pan i piraci).

Narzeczonej dla Kota daję mocne 8/10 przede wszystkim za świetnie współgrające ze sobą elementy artystyczne. Obraz i dźwięk tworzą zazębiającą się, harmonijną kompozycję, która sprawia wrażenie przemyślenia całości. Nawet jeśli produkcja Hiroyukiego Mority stoi w tyle za innymi gigantami “świętej trójcy” Ghibli (Miyazaki, Takahata i Kondō), reżyser zaserwował nam przyjemną opowieść o zdobywaniu odwagi i wiary we własne możliwości, w której nie tylko niepoprawni kociarze znajdą coś dla siebie.

Rafał Komar

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: