Recenzje

„Mitchellowie kontra maszyny”. Pokrzepiający film o sile rodziny

„Mitchellowe kontra maszyny” (2021) od Sony Pictures Animation to film animowany z konretnym przekazam — doceniajmy naszych najbliższych, choć z biegiem czasu z pozoru mogą wydawać się nam coraz bardziej dalecy. Reżyseruje Michael Rianda („Wodogrzmorty Małe”).

W polskiej wersji językowej udział wzięli m.in. Natalia Kujawa (Katie Mitchell), Grzegorz Pawlak (Rick Mitchell), Barbara Kałużna (Linda Mitchell), Michał Podsiadło (Aaron Mitchell), Agnieszka Kunikowska (PAL), Lidia Sadowa (Haley Posey), Magdalena Wasylik (Abby Possey) Maciej Kosmala (Mark Bowman) i Przemysłam Wyszyński (Eric).

O czym jest film „Mitchellowie kontra Maszyny”?

Prodecentami „Mitchellowie kontra Maszyny” są Phil Lord i Christopher Miller („Spiderman Uniwersum”). To widać. Pomiędzy scenami często pojawiają się rysunkowe wstawki (2D), a nierzadko i podczas nich. To jest ciekawe, ale nie najważniejsze. Najważaniejsza jest konstrukcja postaci. Każdy członek rodziny Mitchellów budzi moją symaptię i jestem w stanie ematyzować z każdym z nich. Poza tym mam nieodparte wrażenie, że dla większości z Was filmowe postaci okażą się bardzo bliskie.

Mamy zwariowaną na punkcie kręcenia shortów, nastolatkę Katie, mamy nieśmiałego (zwłaszcza w stosunku do płci pięknej) i zbzikowanego na punkcie dinozaurów, Aarona. Mamy także rodzicielkę tej uroczej dwójki Lindę, która jest szeryfem w spódnicy całej familii (lubi przyznawać naklejki-gwiazdki za najmniejsze nawet osiągnięcia, ale z drugiej strony porównywać swoich bliskich do perfekcyjnych rodzin z sąsiedztwa i Instagrama). Mamy wreszcie ojca, który jest wielkim fanem przyrody, jazdy samochodem, ale niekoniecznie nowych technologii. (C’mon! Jak już wspomniałam, jego córka kręci świetne shorty, mógłby się tym zainteresować, nieprawdaż?). Jakie z tego wnioski?

Dzieciaki nie mają o czym rozmawiać ze swoimi rodzicami. Wszystko zmienić się ma w czasie samochodowej wyprawy do Kalifornii, gdzie na studia filmowe dostała się Katie. Rodzinka postanowiła, że zamiast do pociągu/samolotu wsadzi nastolatkę w rodzinną brykę i tym oto środkiem transportu w otoczeniu „najbliższych” pożegna się z nią na czas bliżej nieokreślony. Tyle, że przejażdżka okazała się tak daleka od zwyczajnej przejażdżki, jak tylko to możliwe. I się zaczęło! Apokalipsa robotów, bunt Furbies i tym podobne…

Plusy i minusy

Siłą tego filmu jest nostalgia. W Mitchelle kontra Maszyny znajdziemy nawiązania do takich filmów jak Ona (2013) czy Gremliny rozrabiają (1984). To właśnie do widzów tego ostatniego filmu twórcy puszczają oko, gdy serwują na ekranie olbrzymie kultowe zabawki Furbies w jednej z scen. Skąd tyle nawiązań? Katie jest zakręcona na punkcie filmu, a twórcy niewątpliwie wielkimi pasjonatami swojego zawodu i popkultury. Więcej takich smaczków znajdziecie w tym filmiku:

To, co podobało mi się najmniej to motyw walki z robotami. Żeby nie było, że marudzę na ten wątek, na zakończenie dodam, że Agnieszka Kunikowska w roli PAL (sztuczna inteligencja w smartfonie, która chce wynieść roboty ponad ludzi) spisała się bez zarzutu. A i sama koncepcja PAL jest ciekawa. Film bawi, wzrusza i pokrzepia. Czuć także, że twórcy podeszli do tematu kreatywnie (koniecznie obejrzyjcie napisy końcowe, choć w przypadku animacji to chyba oczywiste).

Moja ocena 8/10

Aha, film jest przełomowy!

Po raz pierwszy w animacji od Sony Pictures Animation jedna z postaci honoruje LGBTQ+!

PS Jeśli wciąż zastanawiacie, dlaczego Furbies przedstawiono w filmie trochę jak złowieszcze Gremliny, odsyłam TUTAJ.

Zobacz też: „Spider-Man Uniwersum”. Oscarowe widowisko z kosmiczną warstwą wizualną. Kulisy i fakty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial